W latach 1918-1921 samoloty produkcji niemieckiej odegrały gigantyczną rolę w polskim lotnictwie wojskowym. Samoloty rodem z niemieckich fabryk zdobywano na lotnisku mokotowskim w Warszawie, w Ławicy pod Poznaniem oraz w hali sterowcowej w Winiarach pod stolicą Wielkopolski. Choć wraz z upływem czasu rósł odsetek samolotów francuskich, brytyjskich i włoskich, to nie można kwestionować znaczenia samolotów produkcji niemieckiej. Takie konstrukcje jak LVG C.V, DFW C.V, czy Albatros B.II zapisały piękną kartę w historii polskiego lotnictwa. Po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej znaczenie niemieckich samolotów się zmieniło. Oparcie lotnictwa o konstrukcje rodem z państwa wrogo nastawionego do niepodległej Polski było co najmniej ryzykownym pomysłem. Z tego względu zdecydowano się na samoloty włoskie i wytwarzane na włoskiej licencji w Polsce. Jednak w połowie lat 20. zwyciężyła wizja oparcia lotnictwa o samoloty francuskie. Nie oznacza to jednak, że w czasie dominacji samolotów włoskich i francuskich nie stosowano w kraju samolotów produkcji niemieckiej. Nadal niebagatelną rolę odgrywały Albatrosy B.II, które wykorzystywano w tym czasie w szkolnictwie. W lotnictwie myśliwskim Wojska Polskiego nadal latały Fokkery D.VII. Jeden z samolotów tego typu upodobał sobie znany polski pilot Jerzy Kossowski. Inny Fokker D.VII zapisał się w historii polskiego lotnictwa epizodem z września 1925 roku. Wówczas to mjr pil. Witold Prosiński za sterami takiego myśliwca przeleciał pod arkadami Mostu Poniatowskiego w Warszawie. Z jednej strony lot ten zamykał warszawski Tydzień Lotniczy, a z drugiej – stanowił dodatkową atrakcję odbywającego się w stolicy „Święta Wisły”. O dokonaniu Prosińskiego oraz innych epizodach z dziejów polskich skrzydeł w latach 1921-1925 można przeczytać w książce „Więcej niż piąta broń. Koncepcja użycia oraz funkcjonowanie polskiego lotnictwa wojskowego i cywilnego w latach 1921-1925”.